Wędkarskie Mazowsze

Boleniowe tajemnice cz. 3 – Wiosenny początek sezonu

Za parę dni zaczynamy, w majestacie prawa, połów boleni. Mając nadzieję, że dwie pierwsze części moich boleniowych dywagacji komuś cokolwiek pomogły – dziś przejdę do sprawy o wiele ważniejszej czyli… praktyki. Bo umówmy się: pisanie o kołowrotkach czy wędkach nie spowoduje, że wszyscy zmienią sprzęt na taki jakim łowi… (tu wpisać dowolne nazwisko czy nick). Większość i tak zostanie przy swoich ulubionych sprzętach. Jeśli chodzi o przynęty – odsetek wędkarzy, którzy skorzystali z moich porad będzie zapewne nieco większy. A i tak najwięcej wymienionych na nowe zostanie… linek (zwłaszcza żyłek), ale czy by o tym pisać czy nie i tak to by nastąpiło…

Na początek „cofnę się wstecz”. O trzy, dwa oraz jeden rok (lata). Dlaczego? W dalszej części, mam nadzieję, będę potrafił to uzasadnić…

Wiosna 2011

Wiosna trzy lata temu zawitała do nas dość wcześnie. Z moich zapisków wynika, że już pod koniec marca temperatura wody sprzyjała dobremu żerowaniu białorybu na Wiśle i Narwi. A w połowie kwietnia nad wodą było już fajnie zielono.

Jednak 1-go maja było bardzo zimno, wiał wiatr z północy, ba, nawet padał deszcz.

Zarówno na burtach jak i na główkach była boleniowa cisza mimo, iż woda była „akuratna” wiosenna, ot, takie niecałe 200 cm na wodowskazie w Warszawie… Efekty całodniowego biczowania były w moim przypadku dokładnie ZEROWE, co, nieskromnie przyznam, na początku sezonu zdarza mi się rzadko… Nawet przedwieczorne słoneczko niewiele w tej materii zmieniło…

Kilka kolejnych dni też było z północną cyrkulacją co spowodowało u mnie delikatny wędkarski odbój. Dopiero po gwałtownej zmianie pogody Królowa obdarowała. Spływ pontonem 9-tego maja to 8 wyholowanych boleniowych średniaków (55-65 cm) plus kolejnych kilka walnięć.

Wszystkie ryby stały praktycznie w brzegu przy dość płytkich burtach i brały tylko na wolno prowadzoną przynętę. Królem polowania okazały się dwa woblery: rapala longcast i mały salmo sting.

Ważne: wszystkie brania miałem łowiąc z brzegu, nie z pontonu! Swego rodzaju niesympatyczną ciekawostką tego dnia był fakt, że część boleni była zaatakowana przez jakieś pijawko podobne robactwo co chyba świadczy o tym, że ryby stały w dnie…

Wiosna 2012

Pogoda z grubsza podobna do poprzedniej wiosny, z tą tylko istotną różnicą, że nie przyszedł żaden północny front i powietrze było łagodne. Za to stan Wisły był niższy o jakieś 40 cm… Tydzień przed rozpoczęciem sezonu wiosna rozkwitała w najlepsze!

Bolenie ganiały już od początku kwietnia co wykorzystywali źli ludzie, niestety… wtedy to popełniłem na SD gorzki tekst o wiślanej główce…
Sezon ruszył od razu z kopyta! 1-go maja złowiłem trzy bolenie (największy otarł się o 70 cm) i to tylko w króciutkiej porannej sesji.

Ryby były aktywne jak w pełni lata, ale dawały się łowić jak na wiosnę. Miejscówki typowe dla ciepłej pory roku: warkocz główki i wyraźne odkosy na opasce. Najskutecznejsze przynęty przez kilka pierwszych dni sezonu to gloog hermes i mały siek-m siga, zwłaszcza ten niepozorny maluszek dał sporo radości w kolejnych dniach maja 2012.

Wiosna 2013
Zima nieźle trzymała, malutką nadzieję dostaliśmy tylko na początku marca, a potem wiosna długo nie nadchodziła. Wystarczy przypomnieć sobie, że 7-go kwietnia leżał jeszcze śnieg.

A w połowie tego miesiąca było szaro buro i nijako…

Do tego trzymała się dość duża woda, nawet powyżej 300 cm.
1-go maja było już niecałe 240 cm, ale i tak żerowania boleni w żaden sposób zaobserwować się nie dało. Podczas dwóch, dość długich szycht wędkarskich wydłubałem 4 rapki, z największą poranną 66 cm.

Cisza na wodzie wymusiła odpuszczenie główek i wszelkich szybszych miejsc. Strzałem w dziesiątkę okazało się męczenie wody woblerami pracującymi dość wyraźnie i prowadzonymi na spokojnej, niegłębokiej wodzie blisko dnia. Wszystkie ryby wyjęte na niebieskiego hermesa i równie… niebieskiego boleniowego bonito 7 cm…