Wędkarskie Mazowsze

Jak nauczyłem się łowić bolenie

W końcu zobaczył bardzo obiecujące miejsce. Silny nurt, spiętrzony filarami mostu, dno usiane głazami, pod brzegiem kręcąca, wybijająca woda przechodząca w ok. metrowy pas delikatnego prądu wstecznego. Dokładnie wiedział jak obłowi to miejsce. Z pewnością siebie ustawił się na końcu prądu wstecznego i na agrafkę zapiął woblera Tomka Miernika. Oddał rzut pod kątem ok 45 stopni na wodę i na napiętej plecionce pozwolił silnemu nurtowi zepchnąć przynętę w miejsce gdzie woda kręciła. Jak tylko poczuł, że nurt przestał napierać na woblera, zaczął kręcić korbką kołowrotka, wprowadzając wabik w prąd wsteczny i prowadząc go jego środkiem. Za chwilę zwinął plecionkę i ponownie zarzucił wabik – praktycznie w taki sam sposób. Ponownie czekał, aż nurt zniesie woblera, tym razem jednak zaczął zwijać plecionkę ułamek sekundy wcześniej, tak aby poprowadzić przynętę na krawędzi nurtu i prądu wstecznego. Przy trzecim obrocie korbką poczuł mocne szarpnięcie, a hamulec przyjemnie zagrał. Uwielbiał tego typu boleniowe kopnięcia. Czuł na kiju szamoczącą się rybę. Ze spokojem podciągnął ją bliżej swojego stanowiska, zrzucił podbierak z pleców, skrócił linkę tak aby kontrolować rybę jedną ręką. Podciągnął bolenia do góry i wprowadził do podbieraka. Ładna, jesienna rapka była jego.

Jak to się zaczęło….

Przygodę ze spinningiem zacząłem od narwiańskich szczupaków. Przez chwilę nawet myślałem, aby poświęcić się połowom tego właśnie gatunku – przynajmniej jeśli chodzi o wiosenno-jesienne połowy.

Jednak życie rodzinne i odległość mojego miejsca zamieszkania od Narwi szybko zweryfikowały te plany. Uzmysłowiłem sobie, że mając godzinę jazdy na łowisko, nigdy nie będę na wodą tak często jakbym chciał. Dotarło do mnie, że jeśli chcę być nad wodą z zadowalającą częstotliwością, to muszę jeździć nad wodę najbliższą, nad Wisłę.
Przeglądając Wieści znad Wisły na popularnym forum wędkarskim stwierdziłem, że sztandarową spinningową, wiślaną rybą jest boleń. Zaimponowały mi siedemdziesięciocentymetrowe i większe okazy wklejane z zadziwiającą częstotliwością przez najlepszych łowców. Zamarzyłem o chwilach takich jak opisana na wstępie. Decyzja zapadła – muszę nauczyć się łowić bolenie.

Jesień 2012 – nieudolne początki.

We wrześniu 2012 roku schowałem gruntówki do piwnicy, „w ciemno” kupiłem kilka boleniowych woblerów i ze spinningiem wybrałem się nad Wisłę.

Zdążyłem przeczytać jakieś dwa artykuły o połowie boleni stąd mniej więcej wiedziałem jakie odcinki rzeki powinny być boleniowymi łowiskami, jednak o taktyce łowienia boleni, sposobie obławiania miejscówek nie wiedziałem nic.

Moje blade spinningowe doświadczenie znad Narwi, rzeki tak diametralnie różnej od Wisły, było zupełnie nieprzydatne. Nad wodą zdałem sobie sprawę, że nie wiem jakie miejscówki wybierać, jak się ustawiać, w jaki sposób rzucać i ściągać woblera. Z każdym kolejnym bezowocnym rzutem gasł we mnie początkowy zapał, a rosło przekonanie, że „z marszu”, bez przygotowania, tracę nad wodą czas.
Po kilku nieudanych wyprawach odłożyłem plany boleniowe do następnej wiosny.

Wiosna 2013 – szczęście początkującego.

Plan na późnowiosenną część kolejnego sezonu był prosty – rezygnacja z białej ryby, nad Narwią łowię szczupaki, nad Wisłą łowię bolenie. Boleniowe pudełko wzbogaciło się o kilka nowych woblerów. Poczytałem trochę artykułów – w jednym z nich przeczytałem, że jeśli widzimy żerującego na opasce bolenia, najlepiej ostrożnie zejść poniżej jego stanowiska i rzutem wzdłuż opaski sprowadzać woblera z nurtem na miejsce ataków bolenia. To naznaczyło mój sposób łowienia i – patrząc z perspektywy – prawdopodobnie opóźniło osiągnięcie sukcesu, gdyż starałem się łowić przede wszystkim w taki właśnie sposób.
Nowy sezon, nowe nadzieje – wydawało mi się, że skoro mam już trochę teorii, to prędzej czy później, z lepszym lub gorszym skutkiem, zacznę bolenie łowić, a kiedy zacznę łowić – to pójdzie już z górki.

Niestety kilka majowych wypraw ponownie okazało się bezowocnych, nawet w dni kiedy aktywność boleni widać było na wodzie. Boleń powoli stawał się dla mnie rybą nie do złowienia. Najbardziej pamiętam tą bezsilność, gdy co chwila rapy waliły w stada uklejek, a ja i tak żadnej nie potrafiłem sprowokować do brania. Wątpliwości, czy kiedykolwiek uda mi się złowić bolenia, zaczęły rosnąć w mojej głowie.