Wędkarskie Mazowsze

Kleń – ryba, która wciąż mnie zaskakuje

Lubię łowić klenie z dwóch powodów. Po pierwsze jest to ryba , którą skutecznie możemy łowić praktycznie cały rok .Oczywiście im cieplej tym łatwiej ale kilka sezonów wstecz na ostatnim lodzie duże okonie łowiliśmy na zmianę z dużymi kleniami. Po drugie i najważniejsze kleń żeruje zawsze i jest to obecnie jedyna ryba, którą jestem w stanie łowić systematycznie. Nie będę pisał jakim sprzętem łowię, jak prowadzę przynęty czy w jakich miejscach najczęściej można spotkać klenia. W sieci jest mnóstwo świetnych artykułów i tak naprawdę już nic nowego nie można w tym temacie wymyśleć. Poniżej opiszę natomiast kilka ciekawych sytuacji, które spotkały mnie nad wodą w pogoni za rybą z grubą łuską.

,, czasami warto coś zmienić….”

Środek upalnego lata, mała rzeka i oczywiście smużki. Znajduję sobie całkowicie nowy, bardzo urozmaicony odcinek. Głębsze miejsca przeplatane płyciznami, dużo zielska, mnóstwo powalonych drzew, dwa kamieniste bystrza – kleniowy raj. Pierwsze dwa wyjścia bez rewelacji, bardziej nastawiam się na obserwowanie wody i potencjalnych stanowisk ryb. Dopiero za trzecim razem zaczynam łowić ryby. Na początku średniaki, które z każdą wyprawą stają się coraz większe. Na rybach jestem codziennie i przez tydzień łowię mnóstwo ryb powyżej 40 centymetrów. Co jakiś czas trafia się coś pod 50 cm. Przynęta też ciągle ta sama bo i po co zmieniać coś co dobrze funkcjonuje.

Trudno tu rzucić ale ryba jest niemal pewna

Kolejny wypad jest dla mnie jednak kompletnym zaskoczeniem. Obłowienie połowy miejscówek nie przynosi żadnej ryby, co więcej nie ma w ogóle brań. Pogoda się nie zmieniła, stan wody również, ryby są i nawet co jakiś czas widać oznaki ich żerowania a mimo tego całkowicie ignorują moją przynętę. W tym momencie przypominam sobie artykuł, który czytałem kilka lat temu. Autor przekonywał, że klenie ,, uczą się przynęt” i po pewnym czasie przestają całkowicie reagować na dany wabik. Przez parę sezonów wyselekcjonowałem sobie kilka woblerów, które pracują nienagannie i przyniosły mi najwięcej ryb ale są to jednak przynęty do siebie podobne(zresztą jak wszystkie smużki) i nawet zmieniając je co jakiś czas nie zauważyłem zwiększonej liczby brań. Jako, że nie mam nic do stracenia wybieram z pudełka najbardziej wyróżniającego się smużaka i tak trochę bez przekonania zaczynam łowić. Do wieczora łowię 5 niezłych kleni i marnuję co najmniej drugie tyle brań.
Od tamtej przygody wielokrotnie spotkałem się z podobną sytuacją. Łowiąc często w tych samych miejscówkach i używając tych samych przynęt z każdym kolejnym wyjściem obserwowałem coraz to mniejszą liczbę brań. Oczywiście moje spostrzeżenia dotyczą codziennego łowienie i raczej nie mają potwierdzenia w przypadku łowienia, powiedzmy weekendowego. Tak dobrej pamięci klenie nie mają….

Mini rynna pod drugim brzegiem często skrywa duże klenie
,, rzucać nietypowo…..”

Nienawidzę łowić klenie idąc w górę rzeki, podobnie jak i innych ryb. Nie ma takiej siły, która by mnie do tego zmusiła. Co z tym idzie rzucam zawsze z prądem lub prostopadle do brzegu. Lubię prowadzić woblery pod prąd. Przynęta lepiej wtedy pracuje, możemy dokładnie ją poprowadzić itp. Moim zdaniem jest to najskuteczniejsza technika a już na pewno najwygodniejsza. Choć są od tej reguły wyjątki.

Płytka kamienista opaska to podstawowa miejscówka na dużej rzece

Duża rzeka, płytka kamienista rafa, która nagle urywa się, przechodząc w 2 metrową ,,głębinę”. Za uskokiem również twarde kamieniste dno z pojedynczymi dużymi głazami, które po kilkunastu metrach przechodzi w mało już ciekawą płyciznę. Zaczynam oczywiście łowić od góry, obławiając początek rafy, stopniowo schodząc coraz niżej. Różne przynęty, mnóstwo rzutów, efekty raczej słabe. Zbytnio się tym jednak nie przejmuję bo największych ryb spodziewam za uskokiem na głębszej wodzie. Powoli dochodzę do granicy rafy, zakładam głębiej schodzący wobler i rozpoczynam łowienie. Przez dwie godziny mam tylko jedno niemrawe skubnięcie. Siadam całkowicie zniechęcony poniżej głęboczka. Do domu nie chce mi się wracać więc postanawiam wolny czas poświęcić na sprawdzenie nowych woblerów i ewentualne ich poustawiania (niestety, takie czasy, że nawet markowe woblery trzeba ustawiać!!). Zakładam przynętę i wykonuję rzut pod prąd na krawędź rafy. Woda fajnie tam kreci i nawet przynęta prowadzona z nurtem całkiem nieźle pracuje. W trzecim rzucie mam pierwsze branie, a w kolejnym łowię już klenia. Przez następną godzinę sprawdzam kolejne przynęty i łowię kolejne ryby. Dokładnie taka sama sytuacja powtarza się następnych dniach. Ryby w ogóle nie reagują na przynęty prowadzone pod prąd, za to bardzo chętnie atakują te szybciej ściągane z prądem.

Ta samo opaska co wyżej tylko przy podniesionym stanie wody
,, szukać do skutku….”

Od kilku dni trwa posucha kleniowa. Konsekwentnie obławiam jedną miejscówkę, w której zazwyczaj udawało się złowić kilka ryb. Na klasyczne woblery nie mam w ogóle brań, na smużki coś się trafia ale nie są to na pewno zadowalające wyniki. Rzeka na tym odcinku wydaje się całkowicie pusta, nawet wieczorem nie widać ryb zbierających owady z powierzchni. Zasadniczo nie ma w tym nic niezwykłego, nawet kleń ma prawo na jakiś czas ograniczyć żerowanie. Taki okres trzeba po prostu przeczekać.
Następny wypad poświęcam już szczupakom bo przecież dzień bez wyjścia na ryby to dzień stracony. Wybieram odcinek poniżej swojej kleniowej miejscówki, gdzie woda zaczyna trochę zwalniać. Po dwóch godzinach łowienia i przejściu kilkuset metrów stwierdzam, że szczupaki podobnie jak klenie nie przejawiają za bardzo chęci do współpracy. Z nieskrywaną ulgą za kolejnym krzakiem dostrzegam sylwetkę znajomego wędkarza. Wreszcie będzie okazja odpocząć i ponarzekać na ostatnie słabe dni. Po kilku chwilach rozmowy okazuję się że narzekać mogę tylko ja. Kolega od pewnego czasu notuje świetne wyniki. Na dowód pokazuje mi parę zdjęć naprawdę sporych kleni, które złowił w ciągu ostatnich kilku dni. Oczywiście u spławikowca dużo łatwiej o takie wyniki co jednak nie zmienia faktu , że ja przez ostatnie dni nie miałem nawet jednej konkretnej ryby na haku.
Z wielką nadzieję kolejnego dnia ruszam już z nastawieniem kleniowym. Moja standardowa miejscówka ponownie jednak nie przynosi ryb. Ostatnie dwie godziny łowienia postanawiam więc poświęcić na spacer w dół rzeki i obławiania ciekawszych stanowisk. Woda jest tu głębsza a nurt dużo spokojniejszy. Nie przepadam za takim warunkami bo im wolniej płynie woda tym trudniej złowić jest klenia. Z racji dużej ilości zielska na pierwszy ogień idą wszelkiej maści woblery powierzchniowe. Do końca dnia łowię dwa średnie klenie i mam kilka niezaciętych brań. Wynik może nie rewelacyjny ale w porównaniu do wcześniejszych bezrybnych dni jest to i tak sukces. Gdybym pozostał wierny swojej pierwszej miejscówce pewnie jeszcze wiele dni czekałbym na pierwsze ryby.