Wędkarskie Mazowsze

Mądry wędkarz po szkodzie czyli…

… o tym, dlaczego warto zagiąć zadziory.
Parę słów już o tym napisałem w Wieściach znad Wisły, ale skoro szukamy much do zabicia i opisania…
Tego roku miałem w planach mocniej przyłożyć się do połowu wiosennych kleni. Z różnych względów wyszło zupełnie inaczej. Różne sprawy poza wędkarskie w dużej mierze odwróciły moją uwagę od wędkowania, ale żeby być uczciwym, trzeba też przyznać, że dałem sobie tą uwagę odwrócić.
Czy to nadmiar wędkowaniem w zeszłym sezonie (blisko 100 wypadów), czy raczej zbyt duża liczba kolejnych wypadów bez wędkarskich wyników (zeszłoroczna sandaczowa jesień i tegoroczna kleniowa wiosna) spowodowały u mnie coś, czego jeszcze w moim wędkarskim życiu nie czułem – przesyt wędkowania, niechęć do rannego wstawania, brak głodu pojechania nad wodę. Dopadła mnie jakaś taka wędkarska apatia i depresja.W rezultacie liczba wyjść nad wodę „za kleniem” zmniejszyła się o połowę w stosunku do zeszłego roku, a każde kolejne wyjście po godzinie-dwóch miałem ochotę kończyć (i zazwyczaj kończyłem, oczywiście bez wyników). W zasadzie tej wiosny pamiętam tylko jedno dłuższe wyjście nad wodę, kiedy miałem sporą rybę na kiju, ale przegrałem z nią walkę. Kilka krótkich wypadów na opaskę poniżej mostu gdańskiego nie dało mi kontaktu z rybą, a tylko pozwoliło obserwować nadchodzącą wiosnę. Pojedyncze wypady w inne miejsca kończyły się podobnie.

Dopiero nadejście maja miało spowodować moje przebudzenie z wędkarskiego letargu. Już przedboleniowy rekonesans w ostatni weekend kwietnia wlał w moje wędkarskie serce pierwsze promyki optymizmu. Perspektywa polowania na szczupaki i bolenie ponownie wydała mi się atrakcyjną, a myśl o wypadzie nad wodę znowu powodowała przyspieszenie pulsu.

Całodniowy pierwszomajowy wypad nad Narew z kiepskimi efektami nieco przygasił mój entuzjazm. Na tyle, że w pozostałe dni majówki, znów nie chciało mi się wstać rano z łóżka. Jednak w kolejne dni nadzieja na złowienie boleni (które po ostatnim, udanym sezonie wydały mi się celem o wiele łatwiejszym i pewniejszym od wiosennych kleni) wygnały mnie nad Wisłę.Niby niewiele się zmieniło – 2 godzinki we wtorkowy wieczór na opasce zawadowskiej, 2 godzinki w środowy, deszczowy poranek na odcinku miejskim znowu bez efektu, ale jednak z jakimś przeświadczeniem, że jak nie dziś to jutro, ale zaraz zacznie się coś dziać. W czwartek znowu udało się wyskrobać dwie godzinki po pracy, a wypad nad wodę pozwolił zaobserwować pierwsze tegoroczne ataki boleni, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że w każdej chwili może się udać.

Jeszcze w drodze do domu obmyślałem plan gdzie by tu zaatakować w weekend. Tymczasem już w piątek okazało się, że w pracy nie ma za bardzo co robić, a skoro tak…
… to decyzja może być tylko jedna – urywam się z roboty i jadę nad Wisłę!

Jeszcze tylko pytanie w które miejsce – nie może być za daleko, żebym nie tracił zbyt wiele czasu na dojazd, poza tym o 17-tej trzeba odebrać córkę ze szkoły. Wybór pada na opaskę na Żeraniu. O 11 wsiadam do samochodu i śmigam nad Wisłę. Ruch na drogach niewielki, więc z Pruszkowa udaje mi się dojechać w pół godzinki. Jeszcze tylko szybka przebiórka w wędkarskie ciuchy (jak zwykle czekające w bagażniku) i 11:35 zaczynam wędkowanie.
Pierwszy rzut oka na Wisłę nie napawa optymizmem – dość silny, porwisty wiatr wieje z północnego zachodu, a więc dokładnie przeciwnie do kierunku większości moich rzutów, dodatkowo mocno marszczy taflę wody. Po pierwsze trudniej będzie ją czytać, po drugie obawiam się, że bolenie w takich okolicznościach mogą słabiej żerować. No ale cóż, skoro już przyjechałem, to nie czas na załamywanie rąk – trzeba walczyć.

Zaczynam obławiać pierwsze odkosy – niestety potwierdzają się moje przypuszczenia – rzuty lekkimi woblerami sandaczowymi typu rapala original na zadowalającą odległość są praktycznie niemożliwe, oczywiście na pofalowanej wodzie nie widać też żerowania rapek. Nie zrażony jednak, systematycznie staram się obławiać każdy występ w opasce i stopniowo posuwam się w dół rzeki.