Wędkarskie Mazowsze

Boleniowy Hat-trick

Ti ti tit, ti ti tit, ti ti tit… dźwięk budzika oznajmił 2:45. Krzysiek wyłączył budzik, wstał, podszedł do okna i rozchylił żaluzje. Szarzejące niebo pokryte było grubą warstwą chmur a dochodzący zza uchylonego okna szum i falujące rytmicznie wierzchołki drzew nie pozostawiały wątpliwości – wiało. Pogoda nie nastrajała optymistycznie na ryby, a na bolenie zupełnie. Krzysiek przestawił budzik na 3:45, wrócił do ciepłego łóżka i momentalnie pogrążył się we śnie.

Godzinę później budzik ponownie wyrwał go z objęć Morfeusza. Szybki rzut oka za okno pozwolił stwierdzić, że sytuacja zmieniła się o tyle, że wiatr nieco osłabł. Pochmurne niebo wciąż jednak zniechęcało do wyprawy na rapy. Krzysiek przez chwilę walczył z chęcią powrotu do łóżka, ale wiedział, że będzie żałował jeśli jej ulegnie. Tym bardziej, że w planach miał sprawdzenie, czy dopiero co zaimpregnowane buty oprą się porannej rosie.

Momentalnie się ubrał. Duszkiem wypił naprędce zaparzoną kawę – bez cukru, który niespodziewanie się skończył poprzedniego wieczora – i za chwilę był już w samochodzie kierując się nad Wisłę.

attachment

Szybko pokonał drogę nad rzekę. Zaparkował auto koło wału przeciwpowodziowego, wyjął wędkarski ekwipunek i raźnym krokiem ruszył w kierunku wiślanej główki, którą wybrał na łowisko. Po chwili stanął u podstawy 40-metrowej ostrogi. Rozkładając wędkę lustrował okolicę. Główka była dość długa, szeroka na jakieś 4 metry, kamienista i gdzieniegdzie porośnięta niskimi drzewkami. Na zapływie wyraźnie rysowała się mielizna otoczona przez wsteczne prądy. Od szczytu ostrogi odchodził wyraźny, szeroki i długi warkocz wzburzonej wody.

Krzysiek lekko uśmiechnął się widząc buszującą rodzinkę bobrów dwadzieścia metrów od niego po napływowej stronie. Zrobił kilka kroków do przodu i od niechcenia oddał kilka rzutów na spokojną wodę od strony napływu a za chwilę zapływu bardziej bezskutecznie wypatrując jakichkolwiek oznak żerowania boleni niż koncentrując się na precyzji rzutów. Dopiero przesunąwszy się kilkanaście metrów w kierunku szczytu główki skąd mógł już sięgnąć wyraźniejszych prądów wstecznych, zaczął rzucać z należytą dbałością. Obławiał ostrogę co i raz zmieniając boleniowe woblery i kierunki ich posyłania, stopniowo przesuwając się coraz bliżej szczytu ostrogi.

Po 30 minutach przyklęknął na końcu główki od napływowej strony. W tym miejscu nurt wyraźnie odbijał się od szczytu ostrogi tworząc warkocz wchodzący w pełen wirów przemiał. Kolejne rzuty Krzysiek oddawał ukośnie lekko pod prąd pozwalając nurtowi spychać wobler w kierunku warkocza i ściągając wabik po jego przecięciu.

attachment

W pewnym momencie praktycznie tuż pod jego stopami dostrzegł rozpierzchające się uklejki. A za chwilę ponownie. Niewątpliwie oznaka żerującego bolenia. Nie wyobrażał jednak sobie jak miałby poprowadzić woblera, aby skusić drapieżnika do brania tuż pod jego nogami. Podejrzewał również, że boleń musiał już go widzieć. Postanowił przejść na zapływ a na napływ wrócić za kilkanaście minut, oczywiście w miejscu skąd będzie mógł bezpiecznie i niezauważony obłowić miejsce ataków rapy.

Z zapływowej strony główki obławiał szeroki warkocz i skraj mielizny oddając dłuższe i krótsze rzuty, pod różnymi kątami prowadząc boleniowe wabiki.

attachment

Nagle kątem oka dostrzegł i usłyszał głośnie chlapnięcie przy samej ostrodze, mniej więcej w połowie jej długości, w miejscu gdzie prąd wsteczny stawał się wyraźniejszy. Rosnące w tym miejscu drzewo, którego gałęzie zwisały nad wodą, uniemożliwiało długi rzut i poprowadzenie woblera równolegle do umocnienia. Krzysiek oddał więc krótki – kilkunastometrowy – rzut z biodra tak, aby Hermes założony na agrafce spadł w wodę tuż przed zwisającymi konarami. Cichy plusk w zamierzonym miejscu i Krzysiek zaczął zwijać linkę tak, aby prowadzić woblera nieco tylko szybciej od prądu wstecznego. Kilka obrotów korbką kołowrotka i wobler znalazł się już prawie pod nogami. Krzysiek przestał kręcić, ale nie wyciągnął woblera z wody tylko szerokim cofnięciem kija dał jeszcze woblerowi szansę popracowania przez dodatkowe dwa metry wody – trik, o którym przeczytał poprzedniego wieczora. Zupełnie niespodziewanie poczuł uderzenie na kiju i zobaczył błysk niedużej ryby szamoczącej się kilkadziesiąt centymetrów pod powierzchnią wody. Mignęły mu czerwonawe płetwy – Czyżby kleń? – pomyślał. Wybrał plecionkę, szybko chwycił podbierak i podciągnął do niego rybę. Sprawne podebranie i „trofeum” znalazło się na brzegu.

attachment

Teraz Krzysiek zobaczył, że to jednak niewielki boleń z lekko pomarańczowymi płetwami, które pod wodą zmyliły jego wędkarskie oko. Zrobił obowiązkową fotkę, zmierzył 41cm. Mały, ale jest – sztuka jest sztuka. Ucieszony rybą (w końcu dla początkującego boleniarza każda ryba, nawet niewielka, to zdobyte nowe doświadczenie), ale już mniej jej wielkością, delikatnie zwrócił rybie wolność. Pomyślał, że to dobry moment na powrót na napływ, gdzie wcześniej widział uciekające uklejki.

Cichutko, przygarbiony zmienił stronę główki, uważając aby nie strącić żadnego kamienia. Zajął miejsce jakieś 10-15 metrów od szczytu ostrogi. Wciąż uzbrojony w Hermesa, oddał rzut jakieś trzydzieści stopni w kierunku pod prąd. Powoli kręcił korbką i kijem kontrolował spływ woblera, tak aby ten znalazł się równoległe do tamy na wysokości jej szczytu, gdzie nurt rozbijał się o umocnienie, gdzie rozpoczynał swój bieg prąd wsteczny obmywający napływ i gdzie prawdopodobnie żerował boleń.