Wędkarskie Mazowsze

Rapanella

Było ciemno. Noc. W kaloszkach wszedłem do płyciutkiej wiślanej wody. Dno usiane drobnymi kamieniami. Wokół szalały drapieżniki. Czyżby sandacze? Puściłem z prądem niebieskiego rapalowskiego husky jerka. Osiem centymetrów. Wręcz widziałem płynącą przynętę pod powierzchnią… Wszak łowiłem nieopodal mostu…

attachment

Wpatrywałem się w płynącą tuż pod powierzchnią wody rapalkę, już, już liczyłem na atak drapieżnika, gdy nagle…. zauważyłem postać z podniesionymi rękoma szybko się do mnie zbliżającą…

attachment

Zakręciło mi się w głowie, świat zawirował…

attachment

Obudziłem się! Budzik grał tę nielubianą, codzienną melodyjkę. Ale ja się cieszyem, że sen się skończył! Czas wstawać! Piątek, dziewiątego.

Grudzień to ostatni miesiąc szansy na sandacze…Tak, ten sen to musiał być przewrotny znak, żeby iść dziś nad wodę…
Ale niestety. Najpierw trzeba iść do pracy. Dopiero wieczorem nad Wisłę.
Piąta pięćdziesiąt, zasuwam do autobusu. Na mojej ulicy robią wodociąg, według planu do EURO ma być wszystko gotowe. Więc do najbliższego autobusu mam kwadrans marszu. Podoba mi się taka pogoda jak dziś. Rok temu na początek grudnia była kupa śniegu, a nocami ze 20 stopni mrozu. Sezon sandaczowy był już zamknięty. W tym roku perspektywy są o wiele lepsze.

W pracy z niecierpliwością nasłuchuję sygnałów o pogodzie. A tu z kilku miejsc informacja, że zaczyna padać śnieg! Tym bardziej trzeba dziś iść nad wodę… Dzień mi się dłużył niezmiernie, ale do 15-tej chyba wytrzymam. Wytrzymałem!!!

Normalnie pracuję do 16-tej, ale w poprzednim i w tym tygodniu nadal intensywnie rehabilituję kontuzjowaną ponad dwa miesiące temu rękę. Więc pracę zaczynam o pogańskiej godzinie siódmej zero zero, kończę o piętnastej.
W gabinecie rehabilitacyjnym mam namiastkę sandaczowania. 3 minuty krioterapii uodporni mnie na zimno. A 15 minut prądów interferencyjnych uaktywni nadgarstek. Te „elektowstrząsy” powodują mimowolne szybkie drgania dłoni. Trening jak znalazł przed połowem metodą opadu. Pojedyncze podbicie… Na podwójne nie mam odwagi. Musieliby podwoić dawkę prądu. A to mogłoby już nieźle „popieścić”.

W domu jestem ok. siedemnastej. Szybki obiad i po niecałej godzinie ruszam w drogę. Nastrój mam świetny, więc postanawiam, że żadnych rowerów, autobusów, umówień z kolegami. Pieszo nad Wisłę (wszak to ledwie 4 kilometry) i kontakt „sam na sam” z Królową. Być może jeden z ostatnich w sezonie…

attachment

Docieram do wału, za nim czeka inny świat. Świat ciszy, ciemności, wilgoci, błota, dziś prószącego śniegu, dzikich zwierzątek… Bobrów i dzików… A propos dzików, kilka dni wstecz natknąłem się na taką oto konstrukcję – pułapkę. No chyba legalna, co nie?

attachment

Ale wróćmy do dziewiątego dnia grudnia… Dnia, który mógł zmienić wszystko…
Od wału do Rzeki mam około kwadransa. Idąc tam po ciemku zawsze odczuwam mieszankę radości, obawy, nadziei… Oczy starają się przebić ciemności przede mną, choć w taki wieczór i tak nic nie widać. Uszy nasłuchują odgłosów przyrody, każdy odgłos jest rejestrowany natychmiast. Nos z radością chłonie zapachy wokół… A mózg analizuje to wszystko i mówi cichutko: „nie ma się co obawiać, kto prócz wędkarza mógłby w tę dzicz się zapuścić o tej porze”…
Więc idę spokojnym krokiem z radością w sercu, uśmiechem na twarzy choć jednak i z duszą na ramieniu… Nie myślcie, że jestem taki tchórz, ale tego dnia czułem wręcz przez skórę nadchodzące wydarzenia…
Wchodzę na główkę, niestety wiaterek niekorzystny.

attachment

Więc zamiast główki wybieram bardziej zaciszne miejsce: klatkę między główkami. Płytko tam w tym roku, ale nie ma co się zniechęcać. Tak jak myślałem, nad wodą jestem sam i z rozkoszą nasłuchuję odgłosu uderzającego o kamienie nurtu Rzeki. Przypominam sobie, że nie dalej jak dwa miesiące temu skradałem się w nieopodal polując na wczesnojesienne sandacze.

attachment

Zdałem sobie sprawę, że grudniowe dnie są najkrótsze w roku… W międzyczasie rozkładam sprzęt. Kijek do 40-tu gram, spory kołowrotek, solidna plecionka… Czas zajrzeć do pudełka z przynętami, co by tu założyć…

attachment

Wybór pada na dziesięciocentymetrową… rapalę husky jerk oczywiście, wobler, który swoją wyrazistą pracą daje nocnemu drapieżcy sygnał do ataku. Rzucam w ciemność, tak na godzinę trzynastą, czekam aż na naprężonej lince spłynie pod brzeg. Rozpoczynam powolne ściąganie delektując się miłym przekazem drgań wabika do ręki, odczuwalnych za pomocą nierozciągliwej plecionki i odpowiednio dobranego kija. Za trzecim rzutem czuję coś jakby trącenie, zatrzymuję zestaw w miejscu. Husky wesoło podryguje ogonkiem, nie widzę tego, ale czuję.

attachment

Jednak czuję też coś innego. Coś co każe rozejrzeć się badawczo na boki, coś nie definiowalnego. Nasłuchuję czujnie ale nic niepokojącego nie słyszę. I NAGLE – bach!!! Potężne uderzenie w rękę omal nie wyrywa mi kija z dłoni! Dopiero po chwili orientuję się, że to potężne branie było… Ściągam smętnie zwisający zestaw, nie wierzę własnym oczom, wobler zdemolowany, kotwiczka wyrwana! Ręce drżą, cóż to musiał być za okaz! Szukam w pudełku i szczęśliwie znajduję dużego żółtego salmo stinga, zbrojonego w styczniu na troć. Każdy element starannie dobrany na mocne i waleczne salmonidy więc i na wielkie sandacze da radę… Z typową dla takiej sytuacji niecierpliwością zarzucam ponownie, czekam aż spłynie. Sting daje inny przekaz niż husky, ale też fajnie czuć na kiju… Minęło może z pół godziny, mówię sobie: ostatnie trzy rzuty. I już w pierwszym czuję przytrzymanie, zacinam, potężny odjazd z prądem… Siedzi! Hol trwał może minutę i czuję luz… Zdenerwowany ściągam zestaw i… znowu czuję opór. Płynie w moim kierunku! Nie nadążam z kręceniem korbką. Nagle z ciemności wyłania się wał wody pędzący w moim kierunku i z wody wyłania się……
Tak, tak. Drogi Czytelniku. Słusznie się domyślasz… Moim oczom ukazała się mityczna wiślana Rapanella, stwór z którym każdy wędkarz ma nadzieję nie spotkać się nigdy!!!

attachment

Podeszła do mnie, wyjęła mi z kamizelki szczypce, zręcznie wydłubała sobie z przepastnej paszczy przynętę i spojrzała na mnie złowieszczo…I nagle… zaśpiewała… Było to coś magicznego ale nieokreślonego…

Moje nogi, które od dłuższej chwili były jak wrośnięte w ziemię zaczęły bezwolnie poruszać się w rytm śpiewu. Pieśń, śpiewana pięknym, nieziemskim głosem, mówiła o…, no właśnie tak naprawdę nie pamiętam wiele. Pląsałem jak zahipnotyzowany coraz szybciej i swawolniej, nieświadom ogarniających mnie ciemności. Z niedawnego lęku nawet śladu nie zostało… Czułem się wolny i szczęśliwy!
Piosenka zakończyła się równie niespodziewanie jak zaczęła. Rapanella uśmiechnęła się do mnie i swym aksamitnym głosem wypowiedziała te oto słowa:
„ Puszczam Cię wolno, Pawle. Ja też często stosuję catch and release…”.
Spojrzała mi po raz ostatni w oczy, zanurzyła swe ciało w odmęty wiślane i tyle ją widziałem…

Taka to była historia dziewiątego grudnia dwa tysiące jedenastego roku, historia, która odmienić mogła moje wędkarskie życie… Gdyby się zdarzyła, rzecz jasna…
Jednak jak spotkasz Wędkarzu kiedyś Rapanellę, a jesteś porządnym człowiekiem – nie lękaj się Jej. Może i Tobie będzie dane usłyszeć ten piękny, porywający do tańca śpiew…

Wieczorem, po powrocie do domu zacząłem sobie w myślach odtwarzać ten śpiew. I wydaje mi się, że część słów pieśni odszyfrowałem, brzmiały one mniej więcej tak:

Już za nie długo, tak może dwa lata,
Komuś do głowy ta myśl zakołata.
Żeby miejscówkę w necie utworzyć
Gdzie będzie można spokojnie gaworzyć.

Wędkarskie Mazowsze ucieszy się szczerze,
Że może sprawdzić co i gdzie dziś bierze,
I że wieczorem przed snem zasłużonym
Może pogadać z wędkarzem znajomym.

Gdzie much wiązanie obejrzy fachowe
I śliczne hand mady lux woblerowe.
Umówi się na piwko na pełnym spontanie,
I wie dobrze, że super będzie to spotkanie

No i co ważne jest bez wątpienia
Bo jest to rzecz wielkiego znaczenia
Użytkownicy – tekstu nie wyśmielli
I będą pląsać śpiewając o Rapanelli

A może te słowa brzmiały całkiem inaczej?

Któż to wie…

PS. Hi… hi… hi…

Źródło i komentarze: Rapanella